środa, 19 maja 2021

[Podhale] eat - sleep - ride - repeat

Na Podhalu w pewnym stopniu powtarzamy zeszły maj. Jesteśmy w podobnej okolicy, jeździmy podobne trasy i zmagamy się z podobnymi podjazdami. Pogoda też jest podobna - czyli pełen przekrój pór roku, trochę mrozu zimy, trochę deszczu jesieni, trochę słońca wiosny i trochę upałów lata. I tylko fotograf inny, świetny - tego rok temu nie grano. Znaczy nie pstrykano.
wiadomo, że najlepsze zdjęcia to te niepozowane, totalny luz i naturalne
środowisko, fot. @cezex
za kulisami, #themakingof
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex
fot. @cezex

czwartek, 13 maja 2021

[Lubomir] gdzie jest Wally

Plan na pierwszą długą podróż autem zakładał przerwę w połowie trasy i pętlę rowerową tamże (gdziekolwiek jest tamże). Nigdy nie jechałam za okrągłą kierownicą tylu godzin ciurkiem, nie jeździłam też w ogóle wcześniej tym autem, różnie mogło być. Okazało się, że obawa była nieuzasadniona, bo tym samochodem jeździ się tak fantastycznie, że można jechać i jechać. I jechać. Żeby jednak jechać, trzeba najpierw wyjechać, a rano wszystko poszło nie tak - i wstawanie (za pierwszym, drugim, trzecim budzikiem), i (ślamazrne) pakowanie, i prognozy pogody (zimno i przelotne opady w całym kraju), i wyjeżdżanie z garażu (zagubił się pilot). Teoretycznie można i bez pilota, wyczekać sąsiada i podpiąć się pod jego otwieranie bramy, ale długofalowo jest to strategia kosztowna czasowo, łatwiej wyjechać niż (po powrocie) wjechać (bo przy wjeździe do garażu nie ma się gdzie przyczaić), a poza tym zgubiony klucz to mniejsze bezpieczeństwo sąsiadów. Szukamy. Przy skrzyni biegów, w schowku, na podłodze w aucie, na podłodze poza autem, w plecaku, jak byliśmy wczoraj ubrani, w bluzę i kurtki, no to w kieszeniach kurtki, jednak w mieszkaniu, jednak w aucie, może znowu w mieszkaniu, a może dzień wcześniej Piotrkowi wypadł, jak szedł po powrocie do paczkomatu. Wreszcie znalazłam. Ja znalazłam! Ja! Leżał grzecznie na fotelu pasażera...
przerwa obiadowa, eksluzywna miejscówka restauracyjna w Krakowie,
na Nowej Hucie. Pizza pierwsza klasa!
W ramach rozprostowania kości zatrzymujemy się za Krakowem w Beskidzie Makowskim, zdobyć Lubomira, siódme trofeum (z 28) do Korony Gór Polski. Wyszło nawet lepiej niż pętelka rowerowa, bo idealny krótki spacer przy przepięknym świetle i kolejne ważne pieczątki do książeczki zdobywców.
podejście ma trzy kilometry - pierwszy kawałek jest asfaltową ulicą
drugi - szutrową
trzeci - leśną
a na szczycie - pieczątka
i my.
Na szczycie znajduje się również obserwatorium astronomiczne. Jego historia
zaczyna się w 1919 roku, kiedy profesor Banachiewicz został dyrektorem
Obserwatorium Astronomicznego UJ i postanowił otworzyć placówkę zamiejscową.
Padło na Łysinę, bo tak wtedy nazywała się góra. Działkę pod budowę i domek
myśliwski podarował książę Kazimierz Lubomirski i to na jego cześć w latach 70.
zmieniono nazwę szczytu - z Łysiny na Lubomir.
zacytuję też fragment tablicy ze szczytu, o obserwatorium:
"Do stacji w owych czasach był całkiem niezły dojazd. Z Krakowa do
Myślenic można było dojechać autobusem, z Myślenic do Poręby powozem,
a później piechotą (ok. 18 km)."
No, faktycznie, całkiem niezły dojazd.
w Stacji Astronomicznej prowadzono obserwacje zaćmieniowych (20 891
wizualnych ocen jasności), odkryto dwie komety (Orkisz - C/1925G1 - 3 kwietnia
1925 oraz Kaho-Kozik-Lis - C/1936O1 - 17 lipca 1936). Odkrycia
upamiętnione są przez symbol komety w herbie gminy Wiśniowa.
Obserwatorium uległo zniszczeniu podczas II Wojny Światowej, odbudowane
na początku XXI wieku.
Przypisy:
długą podróż - 400 kilometrów, z Warszawy do Rzepisk (między Nowym Targiem a Zakopanem)
tyle godzin - około pięciu.

niedziela, 9 maja 2021

[Teneryfa] pomóc wam?

Powrót do Polski (i tak, to będzie ostatni post z Teneryfy) bolał z dwóch powodów. Jeden jest oczywisty (słońce, góry, tortilla), drugi dotyczy bardziej ludzkiej natury. Nawet nie chodzi o to, że lubiłam podejście do życia Hiszpanów, bo ciągła mañana i brak pośpiechu bywa irytujący, szczególnie dla zadaniowca jak ja. Bardziej chodzi mi o to, że nie lubię podejścia Polaków - narzekania (a sama jak tu narzeka, no!), braku uśmiechu, wiecznego niezadowolenia, hejtu, zazdrości. Czasem czuję, że w tym kraju nie mogę oddychać. Wchodzę na jakąś internetową dyskusję, czytam komentarze (po co?!?! Po co ja to znowu robię?) i wirtualny sznurek dokoła klatki piersiowej zaciska się i prawie miażdży płuca. No więc do tego mojego kraju wracam po miesiącu życia wśród ludzi życzliwych, gdzie tu ktoś mnie puści z podporządkowanej, tu długie metry będzie jechał za mną i Mondzią, żeby wyprzedzić nas jak najbezpieczniej, tu po prostu uśmiechnie się czy zainteresuje kim i skąd jestem. Wracam na Okęcie, nieszczęśliwa (kolejna wstrętna cecha Polaków - zawsze są nieszczęśliwi!). Mamy dwa nieporęczne pudła rowerowe i dużą walizkę. Lądujemy przed północą i podjeżdżamy autobusem, niczym wielgachną prywatną taksówką - jedziemy my i pan kierowca - do Miklaszewskiego. Wysiadamy pod kościołem i do pokonania mamy ostatni kilometr, już na piechotę. W tamtą stronę mieliśmy łatwiej - nie dość, że do dyspozycji samochód (wypożyczaka oddawanego na lotnisku), to jeszcze bagażnik przyjaciela, który zawiózł nam pudła (a również i tych pudeł użyczył). Ale teraz go nie ma, nie ma też (chyba) w "reżimie sanitarnym" (kiedy pasażerowie nie jeżdżą z przodu) taksówek gotowych pomieścić cały ten majdan. Decydujemy się to przytargać sami. I tak sobie chodzimy - pudło o kilkadziesiąt metrów, postaw, wróć po drugie. Są ciężkie i niewygodne, ale nie pada, nigdzie się nam nie spieszy, z każdym metrem zbliżamy się do celu. I nagle idzie sobie chłopak z naprzeciwka, uśmiecha się i tak po prostu pyta, czy by nam nie pomóc. I wprawdzie odmawiam, bo jesteśmy blisko i nie chcę go fatygować (nie pada, nie spieszy nam się), ale takie zwykłe pytanie, takie zwykłe w Hiszpanii czy Stanach, a jeszcze ciągle niezwykłe w Polsce, poprawia humor długofalowo, bo od tygodnia myślę o nim ciepło. Dziękuję Ci, nieznajomy chłopaku!
30 tysięcy metrów przewyższenia w kwietniu zrobione, wstydu nie ma,
można wracać, ¡adios!

piątek, 7 maja 2021

[Teneryfa] Słońce i Księżyc jako cielaki Niebiańskiej Krowy, ich światło jako jej mleko

Na Teneryfie rower to święta krowa, a dla kolarza ta wyspa to raj. Składa się na to kilka czynników. Po pierwsze pogoda, bo co by nie narzekać na wyschnięte bezdrzewne południe, to jednak słońce tam murowane, a przecież jak się przylatuje z mroźnej Polski, to się nie jojczy, że brzydko i mało zielono, tylko cieszy się, że wystarczy krótki rękawek. Po drugie idealne asfalty donikąd - Hiszpanie są w nich mistrzami świata. Nie wiem, po co je kładą, ale moje szosowe serce ich za to kocha. Po trzecie podjazdy - sporo łagodniejsze niż na Maderze, można spokojnie kręcić sobie z dość wysoką kadencją. No i po czwarte, najważniejsze - wyprzedzanie przez samochody. Nikt mnie nigdy tak kulturalnie nie wyprzedzał! Auta jadą cierpliwie pod każdą górkę, czekając aż bezpiecznie będą mogły zjechać na przeciwległy pas. Nie ma tak, że samochód mija mnie na milimetry, że na skórze niemalże czuję blachę karoserii. Nawet kiedy sama zjeżdżam na pobocze, auto za mną i tak czeka, aż przestaną jechać ci z naprzeciwka. Dla kogoś przyzwyczajonego do polskiego ruchu drogowego, to jest niewyobrażalne i dziwi nas (pozytywnie!) do ostatniego dnia wyjazdu.
1. pogoda. Można jeździć na krótko, nie trzeba zakładać miliona warstw.
2. idealne asfalty, często donikąd
3. podjazdy. I tu zdarzają się trudniejsze kawałki, ale mówimy o liczbach
w większości spokojnie jednocyfrowych (5%).
4. kultura na drodze!
5. no i ta nieprzypominająca suszonej moreli północ
dalej 5. - północne widoki, widoki, widoki

poniedziałek, 3 maja 2021

[Teneryfa] Twój kot kupowałby papas arrugadas

Koleżanka uwielbiająca koty uwielbia też Teneryfę, bo mówi, że nawet dachowce wyglądają tutaj jak osobniki rasowe. Jeden taki koniecznie chciał się z nami zaznajomić, chociaż na szczęście jeszcze trochę bardziej chciał się zaznajomić z gośćmi jedzącymi obiad stolik dalej. Zezolek na owy stół wskoczył i zdążył obwąchać marszczone ziemniaki i królika w sosie pomidorowym zanim został przepędzony z krzykiem. Od tego momentu Piotrek je jedną ręką, a z drugiej tworzy (skuteczny) wał obronny na skraju obrusu.
Ja się zresztą Zezolkowi nie dziwię - zapach papas arrugadas, czyli marszczonych ziemniaków skusiłby każdego kota! Tradycyjnie podaje się je - jak WSZYSTKO na Teneryfie - z dwoma sosami mojo, zielonym i czerwonym. Te robi się na bazie oliwy, octu, czosnku, soli i papryki lub kolendry, dodaje do ryb, mięs, warzyw...
papas arrugadas
czekadełko, również z dwoma sosami - zielonym i czerwonym
Co poza tym? Standardowe dania Hiszpanii kontynentalnej jak tortilla, potrawy rodem z Kanarów i sporo wpływów z Wenezueli (co ciekawe, były one również widoczne na portugalskiej przecież Maderze).
arepa, czyli kategoria wpływów wenezuelskich, latynoamerykański fast food.
Kukurydziana bułka wypełniona różnościami - czy to krewetkami i awokado,
czy białym serem i gujawą.
smażone banany, platanos fritos, częsty dodatek do dania głównego
rola pierwszoplanowa: tetita canaria, taki krokiet, tutaj z kurczakiem
rola drugoplanowa: sos, ten sam co zawsze
mus z gofio, kolejna specjalność Teneryfy.
Gofio to przypieczone i zmielone zboże, jedzone przez rdzenną ludność
i jedzone przez ludność współczesną. Słyszałam, że niebezpiecznie jest
przyznawać się, że gofio nam nie smakuje.
no i kawa, o niej można by napisać osobny artykuł. Ulubiona Piotrka
to leche leche (czyli dosłownie "mleko mleko") - trzywarstwowa,
najpierw mleko kandyzowane, potem kawa, a potem mleko spienione.
Tutaj dostajemy ją jak meble w Ikei, złóż sobie sam. Piotrek nie jest w to
za dobry, bo kawa miesza się z górnym mlekiem, być może dlatego, że
nie jest ono spienione. Robocza hipoteza mówi, że leche leche przyszło
w częściach, bo kelnerzy też nie umieli zrobić trzech warstw... 
na koniec ciekawostka okołokulinarna - w hiszpańskich supermarketach
w popularnych, pełnych ludzi sekcjach (tu akurat wyczekane, aż klienci
sobie pójdą), są wyznaczone miejsca do zostawiania wózków, żeby nie
pałętały się pod nogami.

niedziela, 2 maja 2021

[Teneryfa] prawo nieużywanych mięśni

W drodze powrotnej dostaliśmy na lotnisku do wypełnienia formularz dla turystów. Dobrowolny, ale skoro samolot pół godziny opóźniony, to czemu nie? A po co tu, a dokąd dokładnie, a kiedy, a za ile, a co robili, no takie tam pytania prześwietlające przybyszów z każdej strony. Najdziwniej czuliśmy się w sekcji, w której trzeba było zaznaczyć typy aktywności i atrakcji, którym się taki turysta (czyli że my) oddawał podczas pobytu na Kanarach. Plaża? Nie. Opalanie? Nie. Drinki z palemką? No, nie. Imprezy i koncerty? Nie, czy wszystko robiliśmy dobrze? Oglądanie wielorybów? Wjazd kolejką na wulkan? Pudło... Halo, macie tutaj rowery? O, są, ale dlaczego dopiero na dwudziestej pierwszej pozycji?!
trochę oszukałam... Przecież byliśmy na plaży!
Długo zastanawialiśmy się, czy powinniśmy zaznaczyć również rubrykę "wędrówki i spacery", bo ofertę hike'ów sprawdziliśmy jeden jedyny raz, w dzień agonii po okrążaniu wyspy. Nie był to duży wyczyn (ten hike, nie że okrążanie wyspy), ale standardowo przepiękne widoki oraz po raz kolejny sprawdziło się prawo nieużywanych mięśni - bolą jak cholera nawet po minimalnym wysiłku. Czyli: po jedenastu godzinach jazdy na rowerze wszystko w porządku (poza ogólnym zmęczeniem materiału), po krótkim spacerze po nie za wysokich klifach tygodniowe zakwasy. No ładnie...