niedziela, 12 listopada 2023

[Zion] co tam macie? Chlebek bananowy? Świetnie się składa, to mój ulubiony!

Od dzieciaka lubiłam zbierać - znaczki, pocztówki, monety, jokery, naklejki do albumów - na przykład te z Muminkami. Kupowało się w kiosku saszetki, w każdej pięć kolorowych prostokątów. Kiedy miało się szczęście, wylosowywał się nowy obrazek, który wklejało się w odpowiednio ponumerowaną ramkę w specjalnej książeczce. Zawsze zastanawiałam się, czy gdybym otworzyła moją paczuchę minutę wcześniej lub później, to czy zestaw obrazków byłby taki sam czy inny?

Teraz w wieku słuszniejszym zaczynam zbierać amerykańskie parki narodowe. Na pierwszy ogień idzie Zion. Park narodowy to taki świetnie funkcjonujący, dobrze przemyślany mechanizm. Najpierw budka z opłatami - w kraju tak samochodocentrycznym jak Stany podstawowa jednostka to bilet wstępu właśnie dla osobówki. Ważny siedem dni kosztuje 35 dolarów. W budce obowiązkowo uśmiechnięty leśniczy - co by złego nie mówić o USA, to jednak jego mieszkańcy są niezwykle sympatyczni i pomocni. W trzecim parku, do którego wjedziemy (uwaga, spoiler, podczas tych wakacji zaliczyliśmy trzy parki) strażnik namówi nas na roczny bilet wstępu (uprawniający do nieograniczonej liczby wjazdów do wszystkich parków, których jest ponad sześćdziesiąt) za 80 baksów, pozwalając nam zapłacić paragonami z poprzednich dwóch i dopłacić tylko dyszkę. Miło ze strony pana strażnika, dziękujemy! A roczna wejściówka? Kto wie, może się przyda? Na wjeździe dostaje się też mapkę. Potem parking, czyste łazienki, źródełko z wodą do bidonu i dużo tablic przypominających o piciu, kremie do opalania, zakazie śmiecenia i karmienia dzikich zwierząt. W Zionie drogi układają się w literę Y z bardzo krótką nóżką. Jedna odnoga pozwala komunikacyjnie przejechać przez cały teren, w drugiej wolno jeździć tylko busikami. Te kursują na okrągło i mają dziewięć przystanków - z każdego prowadzi kilka spacerów o różnej długości i intensywności. My wybieramy ten najbardziej wymagający - nie tylko kondycji czy techniki (będą łańcuchy!), ale i planowania, bo trzeba zawczasu załatwić sobie przepustkę, czyli tak zwany permit. Loteria to jest w ogóle częsty element scenografii parków - liczba permitów jest ograniczona i trzeba mieć trochę szczęścia albo jeździć na wakacje poza szczytem, żeby móc pójść tam, gdzie się chce (i kiedy się chce). Ale my szczęście mamy (a poza tym jednak jest już listopad)!

początek wędrówki, a już widoki niczego sobie
idę, idę, czekaj!
brak uśmiechu? To koncentracja! Radość jest wielka!
na górze
widok z góry. Ujdzie.
widok z góry, już bez tej dużej żółtej zasłaniajki
i w drugą stronę
drugi - wieczorny (stąd też i inny ubiór) - spacer w Zionie, bo żeby jak
najbardziej nacieszyć się przyrodą poszliśmy w schemat spacer - rower - spacer

O busiku mogę jeszcze powiedzieć, że jedyne co jest gorsze od tego, że dogoni Cię autobus i musisz się zatrzymać jest to kiedy Ty dogonisz autobus i nie możesz go wyprzedzić. O ile jedziesz na rowerze rzecz jasna. Bo takie są zasady - jedzie busik, a Ty na rowerze? Zatrzymujesz się i ustępujesz pierwszeństwa - autobus nie wyprzedza i autobusu się nie wyprzedza.

"rowery zatrzymują się i ustępują pierwszeństwa autobusom"

Ale przydługo gadasz, nikt tego nie czyta, gdzie ten chlebek bananowy?! Dawaj no!

środa, 8 listopada 2023

[Las Vegas] najmiasto

Może te światła (kilometry neonów i tony ledów) to próba oswojenia samotności, lęku przed brakiem i własnymi słabościami, chęć pokonania demonów? Ja też bałam się zasypiać przy zgaszonej lampce, rozpędzona wyobraźnia widziała w kącie pokoju Bukę (tę z Muminków). W Vegas zasnąć się nie da, Vegas działa 24/7, blink blink blink. Przy świetle jarzeniówek i ledów, rzece drinków i szotów nie wiadomo czy jest dzień czy noc i w jakiej strefie czasowej. Tysiące ludzi obstawia, klika przyciski i czeka w napięciu - czarne czy białe, orzeł czy reszka, wielki dramat człowieka czy chwilowe szczęście.

Może to specyficzne prawo podatkowe Nevady, które zapewnia jej prym w tej formie rozrywki? Dosłownie na granicy stanu zaczynają się światełka, rozległe parkingi, głośna muzyka i stukot żetonów. Gra się prawdopodobnie we wszystkie możliwe gry hazardowe, które przyjdą Wam do głowy. Albo i w jeszcze inne - szczyt kuriozum dostrzegliśmy przy jednym ze stolików, na środku którego stała mała makieta konnego toru wyścigowego i sześć plastikowych figurek koni poruszających się dokoła z losową prędkością. Ich ruch śledziło z wypiekami na twarzy kilku obstawiających. Dawaj, dawaj dwójka, no szybciej, dajesz, no, meta, tak! Ręce w geście triumfu, ktoś wygrał, ktoś przegrał. I znów, i od początku.

Vegas to antonim słowa "elegancko", ale też i synonim tego słowa. Kasyno kojarzyło mi się z odpowiednią formą ubioru, może niekoniecznie pełnym garniturem i wieczorową sukienką, ale już na pewno ze smukłym szklanym kieliszkiem z martini i oliwką. Nic z tych rzeczy. W Vegas wystarczą sandały i krótkie spodenki, mogą być też przepocone kolarskie ciuchy albo podkoszulek z napisem "nie jestem leniwy, tylko energooszczędny", a piwo czy nawet drogą whiskey pije się z plastikowego kubka. Nie trzeba biletu wstępu czy zaproszenia, kasyno jest wszędzie, jest mimochodem, jest częścią krajobrazu jak krzesło czy stół. Z drugiej strony są też restauracje z menu bez cen lub daniami projektowanymi przez Gordona Ramsaya, są długie limuzyny na kilkunastu gości i hotelowe penthouse'y na całe piętro.

Wszystko musi być naj, wszystko musi być duże. Gość chce wieżę Eiffla? Gość ma wieżę Eiffla! Chce weneckie kanały, Koloseum, Wenus z Milo? Prego! Piramida? Statua Wolności? Klient nasz pan... Z jednej strony megalomania, przesada, karykatura, z drugiej zabawa, chwilo trwaj, jutra nie ma!

Na fali tych emocji rezerwuję pokój w hotelu-zamku, nie spodziewam się bowiem, że do Vegas kiedykolwiek wrócę, poproszę zatem full experience właśnie teraz! Żałuję szybko - przy pierwszym niekończącym się marszu z recepcji do windy przez zatęchły korytarz jednorękich bandytów. A potem żałuję znów - kiedy wracam sama z parkingu do pokoju i mimo że w linii prostej jest to jakieś dwieście metrów, operacja zajmuje mi dwadzieścia minut, bo mylę wieże (hotel ma dwie, mieszkamy na dwudziestym piętrze), a hotel godny jest Vegas. Czyli duży.

do autentycznego znaku na granicy miasta stała taka kolejka turystów,
że odechciało nam się czekać
mieszkaliśmy w wieży (wieży? Osobliwa nazwa dla megapudła) po prawej
powinno się przyjąć zakaz oglądania miasta przy włączonym słońcu.
Wieczorem - z neonami i innymi bajerami to jeszcze jako tako,
ale w ciągu dnia... - no cóż
zwyczajni ludzie, zwyczajne kasyno, na zdjęciach wygląda lepiej niż na żywo

Można też posmakować miasta z innej perspektywy, z takiej, której Vegas jest absolutnie fascynujące, bo da się tu przeżyć dwa zupełnie przeciwstawne doświadczenia - człowiekowstręt i człowiekotęsknotę. To drugie przychodzi w samotności, w wielogodzinnej podróży przez brak cywilizacji (częściowy, jedziemy oczywiście asfaltową drogą, ale poza nią i samochodami nie ma nic i nikogo, nigdzie), przez pustynię, gdzie bardziej niż gdzie indziej docenia się prosty fakt, że w bidonach jest woda, a w kieszonce batonik. Cisza, spokój, błogość, trochę strach czy niepokój, że w razie czego jesteśmy zdani na siebie, ale jednak bardziej radość, że nikt nam nie przeszkadza.

żeby dostrzec tutaj Las Vegas, trzeba by dysponować lupą, ale ono tam jest!
Między linią horyzontu a górami widać (uwierzcie na słowo) wysokie budynki.
To Vegas!

Polecam też przeczytać co o Vegas pisze mój ulubiony bloger na https://hopcycling.pl/las-vegas/, a pisze, że miasto przypomina grę siedmiolatka w Sim City z kodami na nieskończone pieniądze.

wtorek, 7 listopada 2023

[Hollywood] pewnego razu w Hollywood

Pewnego razu w Hollywood Brad Pitt wsiadł na swojego złotego* S-Worksa** i zrobił KOMa*** na Mulholland Drive. Albo i nie. [* złotego, a skromnego! ** S-Works to taka nie najtańsza linia rowerów szosowych firmy Specialized, godna Brada Pitta *** KOM czyli najszybszy wynik na segmencie w aplikacji Strava]

Co robimy w Hollywood? Przyjechaliśmy na wakacje (!); do Stanów (!); przez nikogo nieprzymuszeni (!). To nowość, bo do tej pory w business tripach najbardziej ceniłam to, że przypominają mi jak fajnie być Europejką. I o tym też będzie jeszcze na blogu (znowu?), ale póki co zbieram materiał zdjęciowy. W międzyczasie jesteśmy w Stanach po raz kolejny; wprawdzie nie z pracy, ale dzięki pracy - liczne wycieczki do biur Google'a zebrały mi tak dużo mil, że do Los Angeles lecę za pół darmo - bilet dla Mondzi (skądinąd nie taki tani, Lot zdziera na bagażu rowerowym) jest droższy niż mój (ja płacę tylko opłaty lotniskowe)!

moja blichtroodporność ma zasięg jednej gwiazdki - wybrałam tę najważniejszą.
Dygresja (jakby było ich mało) - w 2024 ma wejść do kin ostatni (w sensie nie
że najświeższy, tylko że najostatniejszy, więcej nie będzie!) film Quentina.
Psychofanka czeka!!!
samo Hollywood Boulvard to zwykła dwu-, trzy- pasmowa ulica.
Dużo turystów wolno stawiających nogę za nogą, kramiki z pamiątkami
i dosłownie rzeka gwiazdek. To żadna wyeksponowana świętość, to jedna
z miliona - na niektórych leży potłuczony papier po cheeseburgerze
z Maca, na innych liść, część się ukrywa pod budkami z hotdogami
czy stoiskami z wodą mineralną i plastikowymi Oscarami...
kolejny symbol, kolejne rozczarowanie (mały! daleko!)
znak na temat znaku
["brak dostępu do znaku - a właściwie chyba napisu - Hollywood"]

Wspomniane Mulholland Drive sympatyczne - dałoby się tu mieszkać, gdyby na koncie bankowym dopisać nam parę zer, chociaż Brad Pitt o KOMy musiałby rywalizować z turystycznymi busikami kursującymi częściej niż metro w godzinach szczytu. Takimi z odsłoniętym dachem i - proszę państwa, teraz minuta przerwy, mieszka tutaj aktor Xyz, można robić fotki, cyk, cyk, cyk, dziękuję, jedziemy dalej. 

widok na LA z Mulholland Drive

Tryptyku dopełnia najbardziej luksusowe Beverly Hills. Tak, to z najsłynniejszym kodem pocztowym: 90210. Pamiętam, że oglądałam, namiętnie, ale więcej nie pamiętam nic - mimo że w ramach przygotowań do wyjazdu odnalazłam na jutjubie kilka fragmentów.

w Beverly Hills jest: dużo palm, dużo luksusowych domów, dużo szybkich
i drogich samochodów i dużo sklepów, w których można zostawić
dowolną liczbę dolarów

piątek, 3 listopada 2023

[Grochów] szlaczki w przyrodzie

"Miałem kiedyś taką pracę domową na matmie w gimnazjum, żeby znaleźć szlaczki w przyrodzie. Przecież jakbym tu wtedy przyszedł, to miałbym to z głowy w 10 minut" - mówi do mnie brat w pewne chłodne, ale ciągle przyjemne październikowe popołudnie. Podnoszę głowę. Nie sposób się nie zgodzić.

Spacerujemy po Grochowie. Tata opowiada o budynku Agrobanku, w którym kiedyś pracował i poziomych wieżowcach (tylko tutaj drapacze chmur zamiast do góry rosną w bok). Franek cały czas szuka nowych szlaczków. Piotrek obiecuje atrakcje - każdy ma jakąś rolę. Ja sprawdzam na mapach najkrótszą drogę do kawiarni, bo może i jest (jak na październik) ciepło, ale wziąć w ręce kubek z gorącą herbatą lub innym naparem, powdychać aromat cynamonu i goździków nigdy nie zaszkodzi. Do celu 750 metrów.

warszawskie Soho, reklamujące się jako "serce kreatywnej Pragi"
jest 14:20, chłopaki mają szczęście!
cynamon, goździki, zapach śliwki, gorąc wody

Piotrkowa atrakcja zaczyna się od dziury w płocie, a potem jest tylko lepiej.

tor kolarski Dynasy!
poniekąd drugi obok Pruszkowa tor w okolicach Warszawy, chociaż nie wiem
czy uczciwym liczyć go za jeden tor czy nie powinnam bardziej za 0.1 toru,
nawet pamiętając o tym, że w Pruszkowie przecieka dach.
Dynasy najlepsze lata mają za sobą (otwarty w 1972, powoli niszczeje od
1985, kiedy uznano go za obiekt nienadający się na imprezy), a miasto nie
ma pomysłu na zagospodarowanie tego miejsca, mimo że lokalni kolarze
próbują mu w tym pomóc [link].
łubu dubu, łubu dubu...
RKS [Robotniczy Klub Sportowy] Orzeł, ul. Podskarbińska