poniedziałek, 5 maja 2025

[Girona] raj

Pierwsze moje zderzenie z Gironą to podcast rowerowy, w którym prowadzący utrzymują, że to miasto kolarzy już nie kocha. Bo jest ich za dużo. Bo są zbyt hermetyczni. Bo nie wychodzą ze swojej bańki. Nie zraża nas to - z innych źródeł słyszymy, że to dla takich jak my raj. Bo góry. Bo morze. Bo mało samochodów. Bo dużo kolarzy. Bo hermetyczne kolarskie knajpki.

Jedną z (hermetycznych) kolarskich knajpek jest La Fabrica - nie jest to rodzima Góra Kawiarnia, ale klimat jest. A przynajmniej: klimacik.

110 euro za koszulkę i dożywotnia kawa w gratisie (o ile przyjedzie się w tej
koszulce) to jak za darmo!
inna (hermetyczna) kolarska kawiarnia - w normalne niedziele czynna do 17,
ale w niedzielę z Paris - Roubaix czynna do końca wyścigu. Szczęśliwie
Matje z Tadkiem przycisnęli i chwilę po 17 zameldowali się na mecie.
Sala biła brawo.

Kolarzy zatrzęsienie, również tych "prawdziwych". Girona jest domem między innymi dla naszej wspaniałej Kasi Niewiadomej i w zasadzie Kasia mieszka zaraz za płotem naszego noclegu. Niestety - nie udaje nam się jej spotkać. Spotkaliśmy za to (i to trzykrotnie!) najgorętszą ostatnio koszulkę damskiego peletonu, czyli mistrzynię Mauritiusu. Dlaczego najgorętszą? Bo koszulka jest biała w kolorowe paski i łudząco przypomina tę najważniejszą - mistrzyni świata. A że Kimberley Le Court (mistrzyni Mauritiusu właśnie) kręci się w czołówce, to nie zawsze łatwo stwierdzić, czy patrzymy na nią czy na Lotte (mistrzynię Świata). Dyskusja, internetowe przepychanki, mała bieżąca drama.

Na zdjęciach z kolei nie jest tak łatwo stwierdzić gdzie jesteśmy, bo jest na nich wszystko - wysokie góry, hopki, lasy, pola, klify, zamki, miasteczka, rzepak. Raj różnorodności.

Z sekcji smakowej Obieżysmaka dzisiaj tylko jeden deser. Xuixo - na drugim zdjęciu na drugim planie, na trzecim na pierwszym planie, na czwartym na jedynym planie. W kształcie walec, z natury pączek - głęboko smażony, obsypany cukrem, wypełniony kremem katalońskim.

To co, jedziemy dalej?

czwartek, 1 maja 2025

[Warszawa] trzydzieści trzy

Philippe'a Gilberta spotykamy w Górze Kawiarni, ale jego prawdziwym celem wizyty w Warszawie było Bike Expo, na którym pełni rolę gościa gwiazdy. Jednego z dwóch - drugim jest Julien Absalon, francuski kolarz górski i przełajowy - dwukrotny Mistrz Olimpijski (z Aten i Pekinu), wielokrotny medalista mistrzostw Świata i Europy. Jeśli policzyć mu kategorię under 23, a także występy w sztafetach i jeden brąz w e-mtb, to różnych medali zebrał aż 26, w tym pięć "tych najważniejszych" (złoto MŚ w komplecie z tęczową koszulką). Jest zatem gwiazdą jak się patrzy, a jednak kolejka po jego autografy jakaś mniejsza niż do Gilberta (to znaczy gwoli ścisłości jest to jedna kolejka, panowie w pocie czoła podpisują pocztówki, zdjęcia, książki i koszulki bark w bark, ale "za Gilbertem" ogonek traci animusz i żywiołowość i zamiast po drugi podpis czasem skręca w drugą stronę). Na wszelki wypadek ustawiam się w niej jednak piętnaście minut przed początkiem sesji i dość szybko na koszulce ląduje podpis numer trzydzieści dwa.

sympatyczny Julien podpisuje się tak, żeby nigdy nie było żadnych wątpliwości
który (w tym wypadku niegryzmoł) gryzmoł jest jego. Merci!

Podpis numer trzydzieści trzy wpada półtorej godziny później i należy do najbardziej popularnego w Polsce głosu z peletonu. Darek Baranowski, komentator Eurosportu, były kolarz zawodowy na wywiadzie (chociaż Darek ma takie gadane, że miejscami był to bardziej monolog czy prelekcja) zbiera pełną salę ludzi chętnych go posłuchać, a potem przez dwie godziny ustawia się do pamiątkowych zdjęć. Na papierze jego wyniki są skromniejsze niż Gilberta czy Juliena - wprawdzie trzykrotnie wygrał Tour de Pologne, a wielokrotnie jechał wielkie toury, ale jednak w charakterze gregario. "Ryba" (bo taką ma ksywkę) jest jednak nasz i chyba to ściągnęło mu rzeszę kibiców.

33: Maja Włoszczowska, Ariane Lüthi, Ondřej Cink, Sergio Mantecón Gutiérrez, Rafał Majka, Kamil Kuczyński, Jarek Marycz, Przemek Niemiec, Tomek Marczyński, Grzesiek Drejgier, Ula Łoś, Krzysiek Maksel, Marta Lach, Sylwester Szmyd, Chris Froome, Maciek Bodnar, Czesław Lang, Staszek Aniołkowski, Matej Mohorič, Caleb Ewan, Pello Bilbao, Tobias Foss, Geraint Thomas, Grace Brown, Mark Cavendish, Jay Vine, Esteban Chaves, Michał Kwiatkowski, Chloé Dygert, Lachlan Morton, Philippe Gilbert, Julien Absalon, Dariusz Baranowski. Wolne miejsce zostaje już tylko na rękawkach.

piątek, 18 kwietnia 2025

[Góra Kawiarnia] wyjąć planszę Monopoly z pudełka

W najbliższą sobotę rusza Amstel Gold Race - wyścig, który dwukrotnie (2015, 2022) wygrał Michał Kwiatkowski, a czterokrotnie Philipe Gilbert (2010, 2011, 2014, 2017) - ten sam, który patrzy na nas z pudełka kolarskiego Monopoly, ten sam, który na swoim koncie ma też tytuł mistrza świata i pięć monumentów (ale bez Milano-Sanremo). I ten sam, który w kwietniu został zaproszony na warszawskie Bike Expo. Dzień przed odwiedził naszą lokalną kolarską mekkę - Górę Kawiarnię, a tam czekali na niego  fani. Oj, czekali i czekali - najpierw samolot się spóźnił, a później Gilberta dopadli dziennikarze. Cierpliwość wszak jest cnotą i została nagrodzona.

Cauberg to decydujący podjazd w Amstel Gold Race. Nic dziwnego, że
przezwisko Mister Cauberg przylgnęło do Gilberta na dobre.

piątek, 11 kwietnia 2025

[Teneryfa] ale to już było

W Icodzie śpimy niemalże w tym samym mieszkaniu co cztery lata temu. Tamto mamy za ścianą, ale układ pokojów i wystrój jest identyczny, jedynie balkon zaczyna się trochę wcześniej kosztem salonu. Po chleb chodzimy do tego samego lokalu, ale jest to zupełnie inna piekarnia. Trzy bułki z ziarnami kosztują mniej niż trzy razy po jednej i kiedy proszę o dwie, pani pyta, czy wiem o promocji. W Mercadonie ulubione jedzenie dalej stoi w tych samych alejkach - empanada z tuńczykiem, ziemniaczana tortilla, sałatka z kuskusem, czekoladowy fondant do odgrzania w mikrofali. Do Lidla idziemy po kanaryjskie białe sery krowio-kozie, do Dino po warzywa i jabłka Pink Lady. Knajpki zdążyły się w dużej mierze wymienić - niektóre zamknięto, inne otwarto, moją ulubiona to nadal ta z Garachico, miasteczka cztery kilometry dalej. Rowerowo bez zmian - te same podjazdy, te same zjazdy, te same zakręty, ten sam pogodowy armagedon na przełęczy Erjos. Wychodzę pojeździć i czuję jakbym dosłownie wczoraj skończyła tu kręcić, wszystko wiem, wszystko pamiętam.

szczęście

Z pozytywnych zmian na moje nieśmiałe próby używania języka Cervantesa większość odpowiedzi jest w tym samym języku (bywało, że od razu przełączali się na angielski). Idę na trening grupowy na siłownię (ta lekcja hiszpańskiego kosztuje piątaka), daję się masować przez godzinę fizjoterapeucie (a ta już trzydzieści pięć), tłumaczę się w piekarni z zapomnienia z domu karty kredytowej (ale ta półtora), kupuję w aptece maść, a na poczcie znaczek, próbuję zapisać się na pilates. Każda z tych sytuacji daje mi niesamowitą satysfakcję.

Ze spraw, które się nie zmieniły to miłość do serników. Odwiedzamy sprawdzone miejsca, ale znajdujemy też kilka nowych.

Nie zmieniła się też moja miłość do Hiszpanów. Do ich radości z codzienności, poczucia dystansu do siebie, uśmiechu, tańców. Nasze pueblo częściej się bawi niż bywa poważne. Wieczorami pełno przebierańców podrygujących do głośnej muzyki, panowie najczęściej w damskich strojach. Ewentualnie w ramach pożegnania zimy odbywa się rytualne spalenie ryby. Za dnia do samochodów zaglądają dinozaury, a pod kościołem śpiewa chór seniorów. Tak trzeba żyć!

środa, 2 kwietnia 2025

[Teneryfa] dwa krasnoludki

Śpiąca Królewna powoli się budzi. Nie wiadomo kiedy zachce jej się kichać, czy za rok, dwa czy za lat pięćdziesiąt, ale specjaliści obserwują sytuację i mówią, że w takiej perspektywie to nieuniknione. Tymczasem kaprysi - na zdjęciach może i widać niebieskie niebo (z kilku tygodni patrzenia zawsze znajdą się takie ujęcia), ale za każdym razem kiedy chcieliśmy wjechać na samą górę albo padało, albo wiało, albo było zimno. ¡La próxima vez!

na piechotę?!?! Jak zwierzęta?!?!
wieczorny spacer w naszym pueblo

wtorek, 11 marca 2025

[Teneryfa] raz na wozie, raz pod wozem

Wydawało się, że poprzednia wyprawa na Kanary (lot na Teneryfę, kierunek docelowy: El Hierro) wyczerpała limit pecha na długo. Jednak podróż najświeższa obfituje w tyle farta, że obawiam się, że jestem już z losem na zero. Zaczyna się dzień przed. Czekam na paczkę. Z zagranicy. Taką co już raz przyszła (feralnie zamówiłam na Kabaty, a mój ukochany brat nie jest najbardziej znany ze sprawdzania, czy w skrzynce nie leży przypadkiem jakieś awizo). Żal byłoby, żeby znowu odesłali. W środę - ostatni dzień przed porannym odlotem - wracam do domu i znajduję upragniony karteluszek z poczty, że jest tam coś na mnie. To idę. Piętnaście minut stania w kolejce, tylko po to, by dowiedzieć się, że listonosz jeszcze nie wrócił i nie wiadomo kiedy wróci, i czy w ogóle dzisiaj. Nos na kwintę, w tył zwrot, wychodzę i przed samym rondem spotykam listonosza. Zagaduję, czy nie obsługuje przypadkiem mojej ulicy. Tak, a jaki numer? Cyk, mam paczuchę, uff!

w paczce była książka, na kindle'u jest książka, wszystko się zgadza

Potem idealnie zdążyliśmy na autobus. Poprzedni niż ten, na który wychodziliśmy. Następnym też by wystarczyło czasu na lotnisku, ale skoro od 148 już dzieliły nas tylko dwa przejścia dla pieszych, to zawsze jakieś takie poczucie niedosytu, jakby w takiej sytuacji miał zwiać. A tu jak w cyrku - najpierw zapaliły się światła na skręt w lewo, wszystkie samochody skręciły, więc nasze półdroże do wysepki zrobiło się wolne, a potem za autobusem nic nie jechało, więc udało się przebiec. V'oila, tak to się robi.

Rozkręcam się. Lotnisko. Przed naszą bramką nie ma wolnych krzeseł, siadamy na podłodze. W końcu pora i na nas, zbieramy się. Zwyczajowo grzebię w kieszeniach i nie czuję w nich mojej zcarbonki (sic!), czyli rowerowego minimalistycznego portfela, no cóż, z karbonu. Pal licho karty, zastrzeże się. Pal licho dowód, wzięliśmy zapasowo paszporty. Ale prawo jazdy? Co z zaplanowaną samochodową wycieczką z Frankiem? Rzut oka na podłogę - uff, kamień z serca, leży.

Dosłownie dwie minuty później wywołują mnie po nazwisku przez głośniki. Jestem niezdenerwowana, ale ciekawa. Co to może być? Okazuje się, że przypisane mi miejsce nie nadaje się do użytku (brudne? coś się popsuło? nie słucham uważnie) i pani musi mnie przenieść, i że widzi, że mam przy oknie i zaraz poszuka nowego. Pełna nadziei wchodzę jej w słowo, że skoro już i tak to robi, to może jest wolny korytarz? Zdecydowanie wolę w przejściu, ale zasadniczo nie wybieramy sobie miejsc (bo wybieranie kosztuje, a lepiej zostawić sobie te euraski na serniczki), są nam one wybierane losowo i niestety zazwyczaj żadne z dwóch to nie jest korytarz (jakby Wizzair znał moje preferencje i specjalnie przyznawał fotele inaczej).

Dobra passa trwa dalej na Teneryfie. Do minibusa, który z lotniska zawozi nas do wypożyczalni samochodów uprzejma pani kierowczyni jakimś cudem wpycha nasze dwie walizki rowerowe, chociaż już pogodziliśmy się z myślą, że odbiorę auto sama i wrócę po Piotrka (minibus był mini, a bagażnik pełny) - co zaoszczędzone pół godziny, to jednak zaoszczędzone pół godziny.

Następnie spisała się jeszcze pogoda. Mamy z Piotrkiem taką obserwację (po miesiącach doświadczeń na miejscu), że jest na wyspie jedna przełęcz z beznadziejną pogodą. Wszędzie może być słoneczko i dwadzieścia kilka stopni, a na Puerto de Erjos będzie padać, pochmurno i maks osiem kresek na termometrze. Na początku wyjazdu zależy nam szczególnie na dwóch dniach: w piątek jedziemy na samochodową wycieczkę z Fefostwem, a niedzielę *musimy* (choćby padało żabami) przejechać przez Erjos i to na rowerach, bo wracamy z wypożyczalni po oddaniu auta. I cyk, udało się, żadnych żab, czasami widać było nawet niebo!

Co jeszcze się uda na tym wyjeździe? Uprzejmi korespondenci Obieżysmaka doniosą w przyszłości!