środa, 9 grudnia 2020

[Madera] eu falo português

Wyjeżdżaliśmy na cztery tygodnie, zostaniemy na jakieś dziesięć. Szmat czasu (i łezka już się w oku kręci na myśl o netfliksowych serialach na czterdziestu siedmiu calach, litrach potu wylanych na podłogę pod trenażerem, zapasie serka halloumi w lodówce i wiecznej wojnie, czy z Oskroby przynosi się sześć kulek serowych czy dziesięć pączusiów)! To na tyle długo, że wydaje mi się dość oczywistym przedwczorajsze postanowienie (a nawet wstyd mi, że dopiero teraz) nauki podstaw portugalskiego... Wykupiłam kurs online "portugalskiego portugalskiego" (tak nazywa się czasem ten język, którym nie mówi się w Brazylii, a na starym kontynencie, bo wbrew pozorom - podobnie jak z hiszpańskim - jest to trochę coś innego) do nauki własnej i - eu falo português! Na razie znam trzy słowa na krzyż, ale uczę się gorliwie. Wymowa jest bardzo polska - w buzi szeleści aż miło, zapis słów za to bardzo hiszpański, a miks jedyny w swoim rodzaju. W ogóle z działu ciekawostek, to brazylijskim portugalskim mówi na świecie 200 milionów ludzi, a kontynentalnym / luzytańskim / portugalskim portugalskim raptem 11 milionów. Portugalia jest też dopiero czwartym krajem na świecie według wielkości, w którym mówi się po portugalsku, za Brazylią, Mozambikiem i Angolą.
verde - zielony
dois - dwa
montanhas - góry
chalé - chatka
estrada - droga
oceano - ocean
lindo - ładny
vila - wioska
pôr do sol - zachód słońca

poniedziałek, 7 grudnia 2020

[Madera] 24623 metry

Pozdrawiając Czytelnika lobbującego za kolarstwem romantycznym bez cyferek, chciałabym podsumować listopad, w którym to miesiącu podjechałam 24623 metry, czyli prawie jedną trzecią tego co przez cały poprzedni rok! A to przy zaledwie 848 kilometrach w poziomie (sporo mniej niż moja normalna miesięczna średnia). A takie proporcje bo? Bo (chyba jeszcze nie wspominałam?) Madera stromą wyspą jest!
raptem kilka kilometrów podjazdu, a już mamy fajny widoczek
(chociaż najpierw trzeba było swoje się zmęczyć)
(up! up!! up!!! czasem podjazdy są strome)
(czasem - rzadko - są trochę bardziej łagodne)
(a najczęściej to pewnie jest tak, że są strome, ale na zdjęciach wygląda,
jakby było po płaskim - te białe "ząbki" okalające pagórek, to trasa, wcale
nie łagodna...)
czasem jest ładnie i widać, gdzie się podjeżdża
i można (i należy) cieszyć oczy
czasem z tym widzeniem jest trudniej
bo ledwo widać kilkadziesiąt najbliższych metrów
i chociaż częściej przedzieramy się chmuromgłę, to oczywiście na
większości zdjęć niebieskie bezchmurne niebo (bo wtedy aż chce się
wyjmować aparat)
ale prawda, że chumromgła jest klimatyczna
bo to nie brudny obiektyw to na górze, to chmury :-)
stan pośredni - niby coś widać, ale jak widać?!
dwa obrazki - znajdź pięć różnic
na tym zdjęciu też jadę, ale dużo trudniej mnie znaleźć
generalnie jakby ktoś się zastanawiał, czy jazda tutaj jest bezpieczna
i czy nie spotykamy aby za dużo ludzi na trasie...
to największym niebezpieczeństwem jest chyba śmierć z głodu, bo
ostatnio zrobiliśmy pięćdziesiąt kilometrów i na trasie był jeden bar,
w którym z jedzenia to były prostopadłościenne ciasta Dan Cake'u
w plastikowych torebkach...
więc zazwyczaj ludzi za dużo nie ma...
...tylko my

piątek, 4 grudnia 2020

[Madera] sonchę ponchę

Tradycyjnie post żywieniowy był jednym z ostatnich z danej miejscówki, jesteśmy na Maderze jednak już tak długo, że wystarczająco wiem, co i jak się tutaj je (ale też nie wykluczam, że pojawi się kontynuacja niniejszego wpisu). Zacznę od wytłumaczenia tytułu, bo wyjątkowo się udał, bez kontekstu ciężko zrozumieć, a i tak muszę płacić tantiemy Piotrkowi, więc szkoda, żeby się marnowało.
kontekst #1
czy to Don Kichote czy jego wierny giermek?
kontekst #2
drugi (po winie Madera) najsłynniejszy alkohol tutaj to poncha, miks
rumu, soku z cytryny i miodu pszczelego. W jakich proporcjach? Prawdopodobnie
każdy bar na wyspie ma swoją własną wersję, jak ze schabowym w Polsce.
I skoro już jesteśmy w temacie płynów, to kontynuujmy.
sztandarowy bezalkoholowy napój z Madery, gazowana a'la fanta z marakui
źródło: https://www.brisanet.com.pt/
dział zupy zaczynam od pomidorówki - rzadko jest to krem (a zupy kremy
wielbię), częściej zupa pomidorowo-cebulowa z cząstkami obu warzyw, ale
bardzo bardzo często z wkładką-jajkiem (na twardo lub w koszulce)
nadal w dziale zupy, ale zahaczając o zupy, które można uznać za drugie dania...
açorda - zupa chlebowa, z dużą ilością chleba, jajkiem w koszulce i czosnkiem.
Można się najeść taką zupą lepiej niż niejednym drugim :-)
a skoro już mówimy o chlebie, to kolejnym flagowym produktem wyspy jest
bolo do caco - wypiek z mieszanki mąki żytniej i kukurydzianej, z dodatkiem
słodkich ziemniaków. Tych słodkich ziemniaków w ogóle tu dużo - są
i w pieczywie, i jako ziemniorki do ryby czy mięsa czy materiał na frytki.
słodki jest nie tylko dodatek skrobiowy do ryby, ale i sama ryba.
Popularnym daniem jest espada com banana - pałasz czarny (ryba głębinowa
łowiona  tylko w dwóch miejscach na świecie) ze smażonymi bananami,
czasem jeszcze w sosie miodowym.
ryb  i owoców morza generalnie jest dużo - na wyspie nie jest to chyba
specjalnym zaskoczeniem.
Na zdjęciu bacalhau com natas - zapiekanka z dorsza pod śmietanową
(lub beszamelową) pierzynką.
dużo jest też owoców ziemi, na zdjęciu owoce mutanty, od góry:
- guawa
- melonogruszka
- bananomarakuja albo marakujobanan
portugalska klasyka deserowa - pastel de nata (babeczki budyniowe)
maderska klasyka deserowa - queijadas,
ni to ciasteczka, ni to placuszki, trochę jak rosyjskie syrniczki.
zakończę przewrotnie przekąską słoną - tremoços, nasiona łubinu, "żółty  
bób", najpierw konserwowane w słonej zalewie, potem odcedzane, płukane
czystą wodą i już można się nimi zagryzać do piwa.

poniedziałek, 30 listopada 2020

[Madera] co by banankom lepiej się rosło

A jeżeli nie rower, to co? Na Maderze odpowiedź jest prosta - levady. Levada (w liczbie pojedynczej) to sieć kanałów irygacyjnych, transportujących wodę z miejsc, w których ona jest (zachodnia część wyspy) do plantacji (trzciny cukrowej, bananów, winorośli), gdzie nie ma jej wystarczająco (fragmenty południowo-wschodnie). Wzdłuż nich (levad, sztuk kilkanaście, lista tutaj) można spacerować, ale zanim o chodzeniu, to ja jeszcze o jeżdżeniu (chociaż ciągle w klimatach spacerowych), bo spotkała nas przygoda niewiarygodna i jakby ktoś mi taką opowiedział, to pomyślałabym, że zmyśla. Otóż w zwykłe piątkowe popołudnie, korzystając z akceptowalnej (ale wcale nie jakiejś nie-wiadomo-co) pogody, bierzemy pół dnia wolnego i idziemy na rower. Jeszcze trochę kontekstu - Madera dzieli się w moich myślach na dwie części - okolicę Funchal i resztę. W dość dużym promieniu od stolicy wyspy jest cywilizacja - domy, piekarnie, kawiarnie, samochody parkujące na środku ulicy (dosłownie, poruszanie się po tych drogach wymaga pewnej ekwilibrystyki), z (bardzo) rzadka rowerzyści lub kolarze. Dalej od Funchal jest pusto i można długimi długimi kilometrami jechać i nie spotkać nawet jednego sklepu czy punktu napojowo-gastronomicznego, nie mówiąc o ludziach. No i w ten piątek, bo koniec już przydługiego wprowadzenia, jedziemy sobie w tej strefie drugiej. Długi zjazd, zakręt, zakręt, tylko my, zakręt, cisza, las, droga prowadzi w dół, nie muszę pedałować, trzeba się tylko składać w zakrętach, żeby nie wylecieć z asfaltu. Jadę pierwsza i patrzę - dziarsko podchodzi jakiś piechur, sztuk jeden, sylwetka jakby znajoma. Jadę szybko, szybciej niż zachodzą procesy myślowe w mojej głowie, no ale typ ewidentnie wygląda jak kumpel z brydża, tylko co on niby miałby tu robić? Po hamulcach, cześć, cześć, na wakacje przyjechałem, jutro wracam, może kolacja wieczorem? Pewnie, tylko uszczypnij mnie proszę!

I ten owy kolega wracał właśnie z levady, wprawdzie nie z żadnej z poniższych, ale może kiedyś dotrzemy i na tę jego. My tymczasem przespacerowaliśmy trzy. Na pierwszy ogień nudna levada da Serra do Faial, nudna kompletnie, bo parę kilometrów po płaskim wśród drzew i krzewów ze słabymi widokami gdzieniegdzie (no co! Już się trochę zdążyłam rozbisurmanić tymi wszystkimi miradouro, jakie mamy szanse zobaczyć dzięki rowerowi).
levada #1: da Serra do Faial, z zalet bliskość Funchal, z wad nuda
największą atrakcją był chyba pies przewodnik, który przypałętał się do
nas na początku spaceru i prowadził nas dzielnie przez pięć kilometrów
o taki spacer
Druga levada (Fajã do Rodrigues) była absolutnie rewelacyjna i jeżeli takie byłyby wszystkie, to rower rzuciłabym w kąt za trzy, dwa, jeden... Co nas urzekło to klimat i wyzwania zręcznościowe. Na ten spacer wybraliśmy się w deszczowym tygodniu - stan kanałku / strumyków / wodospadów był na tyle wysoki, a kałuż było na tyle dużo, że dużo trzeba było manewrować i iść po murkach, przeskakiwać błoto, dać się ochlapać pod wodospadem, przejść na bosaka szerszy strumień (a temperatura dwanaście stopni, mmm, miodzio). Do tego długie kilkaset metrów ciasnym, niskim i ciemnym tunelem. Ekstra, poproszę więcej!
levada #2: Fajã do Rodrigues
przez ten strumyk musieliśmy zdejmować buty i skarpetki
ten wodospad nas zmoczył
tak wygląda tytułowa levada, rzeczony kanał irygacyjny
a tak widok na wodospad z owej levady
(chyba można albo nawet należy się rozbisurmanić?)
i jeszcze jeden, i jeszcze, i jeszcze...
rzadkie chwile, kiedy nie trzeba było uważać na wodę
częstsze chwile, kiedy woda się pojawiała - nad głową
lub obok
lub i za (kanałek) i przed (błotne kałuże), a jedyna rozsądna droga
prowadziła wąskim murkiem
lub kiedy nie dało się tej wody ominąć w żaden sposób
I na koniec - trzeci, póki co ostatni spacer levadą do Rei. Ten robimy w piątkę (lub szóstkę licząc psa). Nie najgorszy, ale też i nie najlepszy - na razie srebrny medal.
levada #3: do Rei, czyli chyba królewska
za mną, rzekł pies
no chyba że akurat lepiej puścić przodem pana
widok nagroda - do tego miejsca się dochodziło (5.5km), zawracało
i pokonywało całą trasę jeszcze raz
od razu przypominają się dziecięce zabawy w "płyty chodnikowe parzą"