piątek, 24 lipca 2020

[Stępina] nazwisko największego odkrywcy: Przypadek

Na Podkarpaciu jeździmy metodą na lenia - wchodzimy na stronę lokalnego blogera (53x11) do zakładki z radami dla kolarza przyjezdnego, ściągamy jedną z polecanych tras (powoli nam się kończą, ale też i powoli kończy się nasz pobyt tutaj), ładujemy na garminy i w drogę! I tak sobie jedziemy na zachód w ostatnią niedzielę, jedziemy, hopki, pola uprawne, hopki, znowu hopki, mało cywilizacji, hopki, ciągle mało cywilizacji, aż mi się to mało cywilizacji znudziło i zażądałam przerwę na toaletę już, teraz, natychmiast, w najbliższym lasku. Lasek był taki sobie, bo do drzew nie dało się dojść, nie przechodząc przez strumyk, ale rozpoznanie sytuacji zajęło mi tyle czasu, że Piotr zdążył odpalić komórkę, mapy i zauważyć atrakcję 1.7 kilometra od nas. No choooodź, widziałaś kiedyś schron kolejowy? No nie widziałam... Już idę, tylko otrzepię się z tych liści.
o, taki niepozorny budynek stoi sobie przy drodze...
zbudowany w 1940-41 przez Hitlera, ma 393 metry długości, ściany grube na dwa
 metry, łukowaty kształt, utrudniający trafienie bombą lotniczą (która
zamiast wybuchnąć ma szansę ześlizgnąć się na ziemię), był zabezpieczony
przed atakiem chemicznym (systemem śluz i urządzeń filtrujących).
Co zrozumiałe budowano go w wielkiej konspiracji - masy wykopywanej ziemi
rozwożono po okolicy i nierzadko malowano zieloną farbą, by nie rzucały się
w oczy z powietrza.
27-28 sierpnia 1941 w kompleksie w Stępinie Hitler spotkał się z Mussolinim, w tym
 tunelu zatrzymał się wtedy sztabowy pociąg Hitlera
powojenne losy schronu są już mniej spektakularne - miejsce Mussoliniego zajęły...
pieczarki.
Po okresie bycia szpitalem polowym Armii Czerwonej, a dalej w dzierżawie
Narodowemu Bankowi Polskiemu, do lat 90. schron służył Rolniczej Spółdzielni
Produkcyjnej jako pieczarkarnia.
w sytuacji zagrożenia (atakiem lotniczym lub naziemnym) pociąg wjeżdżał do
schronu, zamykano drzwi, włączano oświetlenie, zewnętrzne zasilanie elektryczne,
zespoły wodne, grzewcze, filtro-wentylacyjne. Personel opuszczał pociąg
i chował się w pomieszczeniach służących jako schrony dla ludzi.

czwartek, 16 lipca 2020

[Tarnica] literka T trzaśnięta

No naprawdę, gdyby otworzyli gdzieś jakieś stanowisko wymyślacza głupich pomysłów, to czuję, że nie musiałabym nawet wysyłać CV. Co tym razem? Ano drugi szczyt z listy korony gór Polski - Tarnica. W Podkarpackim, to chyba blisko. Że nie za blisko od Rzeszowa? No ale chyba damy radę dojechać rowerem? Na pewno damy...

akt pierwszy: dojazd

I faktycznie dojechanie było w tej całej operacji najprostsze. Wstaliśmy rano, mieliśmy do dyspozycji cały dzień, nie padało. Wprawdzie czułam się (eufemistycznie mówiąc) umiarkowanie (rany z TdG ciągle niewylizane), wiało niekorzystnie (limit farta na 2020 w tym aspekcie chyba wykorzystaliśmy), a w podsiodłówce jechały z nami buty i ubrania cywilno-górskie (w blokach spd i pampersie przecież na górę wchodzić nie będę)... ale jakoś udało się dojechać chwilę przed zapadnięciem zmroku. Trasa wyszła długa (200 km) i pofalowana (2800 m przewyższenia), a po drodze nie udało się zaliczyć żadnej z dwóch przewidzianych atrakcji gastronomicznych.
hopki, czyli to co wizytujący z Mazowsze kolarz lubi najbardziej
bo drzewa to mamy też w domu
ale gór to jednak nie
pogoda piękna do zdjęć, trochę gorsza do jazdy - ciepło, za ciepło
domek
San
to są te słynne zieeeelone wzgóóórza nad Soooliną
plecak i podsiodłówka, czyli nie może być za łatwo
Bieszczady, gdzieś na końcu świata Polski
prawie jesteśmy, dojedziemy zaraz po zachodzie słońca

akt drugi: podejście

Pracę domową odrobiłam wyśmienicie (moim zdaniem). Sprawdziłam, które podejście jest trudniejsze, słusznie oczekując, że spotkamy na nim mniej ludzi. Nocujemy zatem i startujemy z Mucznego i istotnie nogi mają co wspominać... Drogę na szczyt traktuję jako trening - wchodzimy w dobrym tempie bez przystanków. Niecałe osiem kilometrów i sześćset metrów w pionie zajmuje nam mniej niż dziewięć kwadransów. Masakryczny jest właściwie tylko początek (2.8 km, 414 m, 43 minuty), potem już spokojniej, ale te ponad dwie godziny intensywnego wysiłku powodują, że schodzę na nogach jak z galarety, nie mając kontroli nad własnym ciałem i krokami, a w czwartek nadal nie mogę bezboleśnie stanąć na palcach.
dzień bobry!
początek, podejście z Mucznego to dwa - trzy leśne kilometry żółtym szlakiem
Piotrek dyktuje tempo, chce udowodnić, że tabliczka "1h 15min" oszukuje
o dobre ponad pół godziny ;-)
zaletą ostrego podejścia jest to, że dość szybko pojawiają się widoki
jest zielono, dobra widoczność i intensywne kolory
z racji trudniejszego podejścia jest też dość pusto
Bieszczady - rozległe i zielone
jedną z najbardziej absurdalnych scenek widzieliśmy na Bukowym Berdzie,
szczycie, przez który przechodzi się w drodze na Tarnicę. Na owym szczycie
(i już słusznej wysokości jak na Bieszczady, 1300+) siedzi czterech panów
w odblaskowych kamizelkach "roboty na szlaku". Obok taczka wypełniona po
brzegi małymi białymi kamyczkami, rozwożonymi jako budulec schodów...
schody niżej kamyczków jeszcze nie mają - tak, żeby wejść, trzeba najpierw zejść
Tarnica, 1346 m npm
a może by tak rzucić wszystko i wyjechać...
właściwie, to wcale nie muszę wyjeżdżać w te Bieszczady, już tu jestem
drugi (z dwudziestu ośmiu)

akt trzeci: powrót

Po południu w sobotę następuje (spodziewane) załamanie pogody. Robi się szaro, pochmurnie. Zaczyna mżyć, potem padać i lać. Oglądamy serial na netfliksie, niektórzy mecz Legii, lenimy się i staramy nie myśleć o powrocie. Udaje mi się to do trzeciej na ranem, kiedy budzi mnie grzmot za grzmotem. I leje tak, ale jak leje! Trochę jakby ktoś wziął szeroką rzekę, podniósł ją do wysokości chmur i przechylił. W myślach dość bezskutecznie próbuję sobie przypomnieć mapę i to, ile mamy do przekroczenia mostów - czy one wszystkie przetrwają? Zastanawiam się też, czy ewentualnie uda nam się znaleźć w Mucznem jakiegoś pana Zdzisia, który podrzuci nas... no niekoniecznie do Rzeszowa, ale gdzieś na północ - musimy dotrzeć do miasta przed 21, w niedzielę bardzo ważne wybory - i czy to będzie najdroższy głos oddany w moim życiu. Możliwości pociągowych prawie nie ma - owszem, można podjechać kilkadziesiąt kilometrów na stację, ale albo bardzo rano (kiedy ma porządnie padać), albo bardzo późno (przyjazd po zamknięciu urn do głosowania). No nic, jakoś zasypiam, a rano sytuacja ma perspektywy - deszcz wprawdzie pada, jednak wszystkie prognozy dość jednoznacznie pokazują, że przejdzie. Ruszamy o 10:30. Jest mokro, szaro i zimno (8 stopni). Zakładamy kilka warstw przywiezionych ze sobą ubrań i mimo wszystko w dobrych humorach przyjmujemy krople na twarz i dłonie. Pada mniej i mniej, i mniej. Wczesnym popołudniem wychodzi nawet słońce, robi się cieplej. Chociaż jedziemy krótszą drogą niż w piątek, to morale gorsze i bolą łydki. Na obiad zatrzymujemy się dopiero pod Rzeszowem (żeby w razie czego mieć zapas czasu), a że zapas jest dokładamy kilka hopek. Potem meldujemy się w obwodowej komisji wyborczej numer 38. Nasz kandydat wybory przegrywa, ale przynajmniej mamy czyste sumienie -  my zagłosowaliśmy...
ruszamy, pogoda diametralnie różna od tej z początku weekendu
pada nie pada, trza jechać
powoli przestaje padać
powoli wychodzi słońce
wreszcie wyszło!
wyszło bardziej!
cały koniec tygodnia nastawiałam się mentalnie na dzień jazdy w deszczu,
a tu proszę bardzo - wcale tak źle nie było
nogawki i rękawki zostały z nami całą trasę, ale trzepotka i ochraniacze
na buty poszły do podsiodłówki
do 21 jeszcze sporo czasu...
owszem, można było wziąć karteczkę uprawniającą do głosowania gdziekolwiek,
ale teraz załatwienie czegoś w urzędzie wymaga planowania zawczasu
(ograniczona liczba wizyt) i w usynowskim urzędzie miejsc nie było.
Wtedy też zostalibyśmy pewnie jeden dzień dłużej w Bieszczadach, a może
podjechali wieczorem w niedzielę na stację, więc nie przejechalibyśmy
całej trasy, a była ładna.

czwartek, 9 lipca 2020

[Rzeszów] AAA sprzedam tanio łańcuch do roweru, używany tylko tydzień

Znowu nadszedł ten tydzień - niedosypiania, jedzenia w biegu, nastawiania pralki jedną ręką, kiedy druga myje zęby; tydzień odparzonych stóp, obolałych nadgarstków i odcisków na pośladkach, czyli doroczna międzyeuropejskobiurowa rywalizacja, kto w ciągu pełnego tygodnia (poniedziałek - niedziela) natłucze więcej kilometrów: le Tour de Google. Tak było rok temu - poprzeczkę postawiliśmy sobie wysoko, ja przejechałam bowiem 1022 km, a Piotrek 1098.

etap poniedziałkowy, Le Grand Départ, Warszawa -> Warka -> Warszawa i Imielin -> Wilanów -> Imielin, 144 km, etap płaski

Wcześniej niż rok temu (bo już o 5:15) dzwoni budzik. Ciężko otworzyć oczy, ciężko się zmobilizować do pierwszego z wielu wysiłków w tym tygodniu, ale trzeba, szczególnie że czekają na nas Cezary z Karolem. Jedziemy do Warki na rabarbarówkę (rabarbariankę?) z Oskroby. Siadamy na murku pod piekarnią, delektujemy się kruszonką i ciepłymi promieniami słońca. Cała wycieczka to prawie 130 km, pokonanych w rozsądnym (żeby się nie zajechać, ale jednak, żeby nie zajęło nam to całego dnia) tempie tak, że zdążamy na średnio-poranne spotkania w pracy. Potem ja po południu podjeżdżam do Cezarego (well, może nie najkrótszą drogą...) po skarpetki, które organizatorzy Tour de Google rozesłali nam na pamiątkę. Widnieje na nich motto rywalizacji: going that extra mile, czyli w (bardzo) wolnym tłumaczeniu każdy kilometr się liczy. Czasowo rozegrałam to idealnie - zdążyłam wrócić do domu i zamknąć drzwi, a na zewnątrz rozpadało się i lało już do późnej nocy.
poniedziałek: Warka i rundka przez Wilanów
w zeszłym roku (a może to już dwa lata temu?) pamiątką była koszulka, teraz
skarpetki (patrz poniżej)
jeszcze w czwórkę - Karol niestety nie miał czasu
na pełną pętlę i zawrócił po kilkudziesięciu
kilometrach - wielkie dzięki, z Tobą było raźniej!
fot. @cezex
Warka, jedno z nielicznych naszych zdjęć w duecie, fot. @cezex
każdy kilometr się liczy!

etap wtorkowy, Warszawa -> Rzeszów, 313 km, etap długodystansowy

Wreszcie tymczasowo przenosimy się do Rzeszowa. Mieliśmy to zrobić już dawno temu, ale najpierw Piotrek czekał na części do Pana Ridka (niewtajemniczonym spieszę wytłumaczyć, że to pseudonim nowego roweru), potem czekał w kolejce do serwisu, który Pana Ridka miał złożyć (duży ruch w interesie), a następnie (już krótko) czekał, aż Pan Ridek zostanie w tym serwisie (pozdrowienia dla Bajki z Kabat!) złożony. Do tego powodzie na Podkarpaciu, ważne wybory, logistyka, Tour i tak oto wymyśliliśmy (no dobra, może ja wymyśliłam, jak większość #głupichpomysłów i ten jest mojego autorstwa), żeby pojechać rowerem. Niestety nie udało się nikogo znajomego namówić na całą podróż, ale Adam z Arkiem jadą z nami połowę (a potem zostają u kolegi), rzeczony kolega ze trzydzieści kilometrów, a początek do Warki to dodatkowo towarzystwo Cezarego i Ewy. Także nie jest źle, trochę wsparcia dostaliśmy, a potem jakoś turlamy się sami - z małym, ale jednak bagażem. Główna część idzie kurierem w walizce, z nami wędrują laptopy w plecakach i "rzeczy nieodzowne" (piżama, cywilne ubranie na środę, szczoteczka do zębów) w podsiodłówce. Dodatkowo jest gorąco, więc ostatnie 90 km to istna mordęga. Zatrzymujemy się co godzinę, ale wreszcie dojeżdżamy przed samym zachodem słońca. Zakupy w Żabce (przy wejściu na osiedle), szybka kąpiel, radlerek i chicken tikka masala z ryżem odgrzane w mikrofali (niestety, tak będziemy się żywić przez najbliższe kilka dni - gotowymi daniami do podgrzania przez 180 sekund w 600 watach, liczy się bowiem każde dziesięć minut i każdy jeden kilometr). Po dwóch dniach na liczniku mamy ich już 458.
wtorek: trasa nieskomplikowana
ja i Ewa, fot. @cezex
i tylko ja, fot.@cezex
taki długi przejazd, a ja niestety prawie nie mam zdjęć - normalnie trzymam
telefon w kieszonce na plecach, łatwo sięgnąć. Teraz jednak dostępu
blokował plecaczek i wyjmowanie/chowanie wymagało sporej
ekwilibrystyki, więc odpuściłam.
fotki mam z przerw - tej dłuższej
i krótszych, ale częstszych - tutaj Sandomierz, miasto najbardziej znanego
polskiego rowerzysty (no halo, chyba wszyscy oglądali kiedyś Ojca
Mateusza?)
wreszcie, wreszcie, wreszcie

etap środowy, Rzeszów -> kawa i ciastko -> Rzeszów i Rzeszów -> Błażowa, Tyczyn -> Rzeszów, 113 km, etap pagórkowaty

W środę rano wreszcie można się wyspać. Wychodzimy o ósmej w zasadzie sprawdzić czy nogi się jeszcze kręcą i czy rowery działają. Działają, można wracać ;-) by... wyjść wieczorem na kolejną turę podziwiania zachodu słońca. Mam 570 kilometrów, a nie jesteśmy nawet na półmetku.
środa: 113 kilometrów
w tej formie - małe co nieco rano i małe co nieco wieczorem dystans wchodzi
dużo łatwiej
szczególnie jeśli po drodze jest motywacja
a wieczorem piękne światło
piękny zachód słońca
i różowe chmury
a potem czerwone

etap czwartkowy, Rzeszów -> Łańcut -> Rzeszów i Rzeszów -> Budzisz -> Rzeszów, 168 km, etap płaski i etap pagórkowaty

Po dniu (hłe, hłe, hłe) odpoczynku rano pętla trochę dłuższa z postojem w rewelacyjnej (!) kawiarni, ocenianej na mapach na 5.0 (z kilkuset opinii!). To Zacisze Anioła, w którym jesteśmy na znakomitym brownie wcale nieostatni raz w tym tygodniu... I jak rano eksplorowaliśmy północny-wschód, tak wieczorem dla równowagi jedziemy na południowy-zachód. Odrobinę skracamy, bo ciemno robi się szybciej niż zakładaliśmy. Stan walki: 738 km.
czwartek:168 kilometrów
rano pogoda pochmurna, ale to nic, a nawet lepiej - można trochę odpocząć
od słońca
takie nie-za-ciepło to właściwie idealna temperatura do kręcenia, jadąc
można się rozgrzać, ale niekoniecznie spocić 
to jest też jedyny moment, kiedy mokniemy, chociaż nie bardzo - pięć
kilometrów przed domem zaczyna mżyć
po południu znowu słońce
i znowu jego urokliwy zachód
chwila przerwy na zabawy zdjęciowe
to już z siodełka, bez przesady z tymi zabawami, jechać trzeba ;-)

etap piątkowy, Rzeszów -> Łańcut -> Rzeszów, 103 km, etap pagórkowaty i kryterium miejskie

W Zaciszu Anioła spodobało nam się tak, że jedziemy tam rano znowu... Jazdę mam w dwóch częściach, bo jak pamiętam, żeby karmić siebie, tak nakarmić Garmina przez noc się nie udało (nie wcisnęłam kabelka wystarczająco mocno) i już na wstępie był rozładowany... Wieczorem wychodzimy tylko na chwilę się przewietrzyć - w końcu trzeba trochę odpocząć przez mocnym weekendem.
piątek: do Anioła, z Anioła, po mieście
kolejny dość brzydki poranek
ale aparat i tak jest na posterunku
pycha brownie
wieczorem szukamy ogólnodostępnej pompki, tragedii w oponach nie ma, ale
czasem warto dodać świeżego powietrza - podjechaliśmy do trzech punktów
i w żadnym pompka nie działała, ech

etap sobotni, Rzeszów -> Góry Słonne -> Rzeszów, 243 km, etap górski

Czas na jakiś mocny akcent! Na tym wyjeździe korzystamy z bloga 53x11 i jego podręcznika dla kolarza przyjezdnego. Proponuje 162 km trasę przez dwa pogórza. Fajnie, tylko jej start jest 40 km od Rzeszowa... Właściwie to i lepiej - w końcu w tym tygodniu zależy nam na tym dodatkowym dystansie. Ruszamy wcześnie - o 7 - po skromnym śniadaniu, pierwszy postój zaplanowany jest już po niecałych dwóch godzinach na śniadanie właściwe! Wjeżdża omlet i jajecznica, a nogi dostają chwilę na odpoczynek. Dzisiaj powoli zapuszczamy się w dzicz - najpierw kilka kilometrów jedziemy lasem. Wprawdzie legalną, dobrą asfaltową drogą, jednak niespecjalnie uczęszczaną przez samochody / rowery / pieszych. To zazwyczaj cieszy, takie posiadanie natury dla siebie, w tym wypadku jest jednak trochę inaczej, bo mnogość tabliczek "niedźwiedź", "uwaga, niedźwiedź", "bliskie spotkania z niedźwiedziem" jest zastanawiająca... Potem jest lepiej. Tabliczek nie ma, niedźwiedzi i samochodów też nie, długimi kawałkami jesteśmy sami ze sobą i lasem/pagórkami. Na obiad zatrzymujemy się w Bezmiechowej, przy Szybowisku - stąd w 1937 Wanda Modlibowska ustanowiła kobiecy rekord świata w długości lotu, szybując 24 godziny i 14 minut. Nam wdrapanie się na górę zajmuje trochę mniej (na szczęście), ale podjazd - miejscami sztywny, miejscami zupełnie płaski - dłuży się i dłuży. Po obiedzie jeszcze jedna atrakcja - absurdalne i nieoczekiwane serpentyny w Wujskich, na miarę alpejskich. No, może trochę im brakuje do oryginału, a w miejscu gdzie spokojnie można by pokonać wysokość na wprost i nawet nie byłoby tak stromo, serpentyny wydają się groteskowe. Sobota wieczór, padł tysiak, rekord jest już.
sobota: tym razem i jakość, i ilość
południe od Rzeszowa to tereny szosowo idealne
raczej świetny albo bardzo dobry albo chociaż niezły asfalt
fajne widoki i hopki
i domki z rzadka
częstszy jest taki widok: nic, nic, las, łąka, las, zero samochodów, zero
piechurów, zero rowerów, nic
niestety widać efekt ostatnich gwałtownych opadów deszczu - ulice bywają
zamknięte (chociaż rowerem da się czasem przejechać), mostów brakuje
(na naszej drodze trzech)
droga z Szybowiska
surrealistyczne serpentyny w Wujskich, zdęcie z drona, podkradnięte z bloga
Maćka Hopa, polecam wpis
z góry wygląda świetnie, z trasy gorzej - panoramy nie ma, na wjeździe
wszystko zasłaniają drzewa, na zjeździe jest ładnie, ale nie spektakularnie
turlamy się do domu
dom coraz bliżej, wreszcie będzie można zsiąść z siodełka
i pójść spać!

etap niedzielny, Rzeszów -> Tarnobrzeg -> Mielec ->Rzeszów, 284 km, etap płaski i kryterium miejskie

Zbliża się koniec. Na góry nie mamy siły, trasę ustalamy rano. Wstępny plan mówił trzysta+ do Zamościa, ale ponoć w tym kierunku słaba droga, więc Piotrek klika coś na zachód (szczególnie, że upatrzyłam sobie fajną knajpę w Mielcu). Jest dużo lepiej niż się spodziewamy. Trasa prowadzi lasami, w Tarnobrzegu piękny widok na rzekę, a po drodze jeszcze odhaczamy zamek w Baranowie Sandomierskim. Tylko z każdym kilometrem jedzie się coraz trudniej. Od pewnego momentu nie umiem już wytrzymać dłużej niż pół minuty w jednej pozycji - dolny chwyt, górny chwyt, na chwilę wstać z siodełka... Piotrek radzi sobie lepiej i nadrabia do mnie ostatnie kilka kilometrów (które zyskałam w poniedziałek na objeździe Wilanowa). Wczoraj robił to uczciwie, jak na wielu wyjazdach - dojeżdżał do szczytu swoim tempem i zawracał. Dzisiaj ja mówię "przerwa" i wybieram ławeczkę, a on kręci się w okolicy. Po powrocie do domu mobilizujemy się na jeden ostatni wysiłek... Generalnie od paru dni widać, że o wygraną w TdG walczymy z kolegą z Dublina, który praktycznie cały Tour (oprócz 70 km) pokonuje na trenażerze. Przelicznik kilometrowy w świecie wirtualnym jest dyskusyjny, no ale wiedzieliśmy, na co się zgadzamy (chociaż nie przypuszczałam, że znajdzie się ktoś gotowy poświęcić 42 godziny życia na jazdę pod dachem), a w czasach koronawirusa musiała być możliwość kręcenia wirtualnego. W każdym bądź razie szliśmy łeb w łeb, po naszych 300 km Victor wziął dzień wolnego i odpowiedział tym samym. Tak sobie jeździliśmy - my rano i wieczorem, on rano i wieczorem. Przed niedzielą miał przewagę (50 km), ale nie wiedzieliśmy ile pojedzie ostatniego dnia. Taktyka zakładała powrót z długiej wycieczki i wyjście jeszcze raz na chwilę, kiedy on pomyśli, że my już skończyliśmy. On jednak w takie zabawy się nie bawił, pojechał swoje dużo kilometrów i końcową klasyfikację wygrał o sto...
niedziela: duża pętla i małe dokręcanie
baliśmy się, że to będą typowe puste kilometry, a okazały się fajne i leśne
i też z widokami, tu na przedmieściach Tarnobrzegu
pan Ridek w całej okazałości
Baranów Sandomierski, zadanie: znajdź kolarza
las, powrót, złota godzina
noc, ostatni wysiłek, już tylko siłą woli

Total: 1370 km

Jak napisałam wyżej 1370 km okazało się dystansem zbyt krótkim, ale dostarczyło nam mnóstwo wspomnień i przeżyliśmy razem fajny czas. Padła życiówka, dwa długie dystanse, niezliczone kulki lodów. Nie wygraliśmy, ale jak tłumaczyłam kolegom - nie chodzi o to, żeby wygrać, chodzi o to, żeby zrobić wszystko, żeby wygrać. Chodziło też o to, żeby wyznaczyć sobie cel, zrobić coś głupiego, godnego zapamiętania. I tak z wyczynów kolegów i koleżanek wartych odnotowania widzieliśmy:

  • kilometry na trenażerze, 1394 km w tygodniu, 42 godziny, w tym 301 km na raz
  • nowego członka klubu Everesting - to wyzwanie polega na wybraniu sobie podjazdu (dowolnej długości, optymalnie kilka kilometrów, o dowolnym nachyleniu, optymalnie koło 7%) i powtarzaniu góra-dół-góra-dół-góra-dół, aż nazbiera się 8848 metrów
  • 100 km po 1.86 km pętli wokół domu (54 okrążenia)
  • tygodniowy objazd Alp - dzień w dzień przewyższenia od 4000 do 5000 metrów
  • życiówki, życiówki, wiele życiówek (od 50 do 300+, w tym 315 km z Zurychu do Monachium)
  • trasy w kształcie przypadkowych literek, jak G, O, O, G, L, E
  • 30 km kręcąc jedną nogą, bo oderwało się ramię korby
  • przejazdy w bardzoniepogodę.

Googler - człowiek z karbonu