wtorek, 13 sierpnia 2019

[Koryciny] na początku był pień

Na początku był pień. Pień nie byle jaki, bo skrywający w sobie domek. No i moja chęć w tym pniu przenocowania. Że podobną chęć wyraziło całkiem wielu innych ludzi, plan w rezerwację trzeba było przekuć wcześnie - już w lutym jednym z nielicznych dostępnych noclegów był ten z sierpniowego czwartku na piątek. Decyzji nie podejmowało się łatwo, czuję się jednak dużo bardziej komfortowo kupując wieczorem bilety na następny dzień rano, ale... nie każdy wyjazd musi być taki sam! Więc pień został kanwą, filarem czterodniowego weekendu na Podlasiu. Do tego dodałam drugi oryginalny nocleg (w carskiej salonce), wizytę na Białorusi (nowe odwiedzone państwo!) i w Sakach (i to nie jednych! - stąd ponoć pochodzą Sakowscy), degustację lokalnej kuchni (zaguby, pierogi, placki ziemniaczane, tradycyjny marcinek - same zdrowe i pożywne) i obfotografowane wszystkich napotkanych cerkwi. I taki właśnie mam przepis na udany wyjazd, dziękuję za uwagę!
Koryciny, Ziołowy Zakątek
domek jedyny w swoim rodzaju - na zdjęciach i z zewnątrz prezentuje się
znakomicie; w środku... w środku pachnie mchem... trochę za bardzo
pachnie mchem...
na dole mała łazienka, stolik, cztery taborety
na górze łóżko i stolik.
Sam domek stoi w kompletnej głuszy - kilkaset metrów od innych zabudowań
w Ziołowym Zakątku, jest spokojnie i cicho... no chyba że akurat w nocy
zacznie padać i rozpęta się burza, wtedy słychać krople uderzające o dach
i pioruny w oddali
o jakich zabudowaniach mówiłam? O raju dla dzieci :-)
Oprócz innych budynków, w których się mieszka (takich jak ziemianka,
szkoła, plebania, chatki wszelkiej maści) jest tu moc atrakcji: ogród
botaniczny, zwierzątka (głównie kozy, gęsi, świnie), basen, pracownie
ceramiczne, rzeźbiarskie, botaniczne, sala mikroskopowa, plac zabaw
w stodole (zjeżdżalnia prosto w stóg siana!), wypożyczalnia rowerów,
miejsce na ognisko... Można tu cały dzień spędzić!
my do dyspozycji mamy znacznie krótszy okres, jesteśmy też raczej
z tych, co przelecą na szybko
ale na ładną fotkę czas się zawsze znajdzie
podsumowanie weekendu+
1. Siedlce -> Koryciny, 85 km, nocleg w domku w pniu
2. Koryciny -> Brześć, 182 km, nocleg w apartmencie
3. Brześć -> Bialowieża, 135 km, nocleg w wagonie
4. Białowieża -> Białystok, 150 km
cały wagon tylko dla nas
odrobina carskiego luksusu po setkach podlasko-białoruskich kilometrów

środa, 31 lipca 2019

[Września] jeden głupi pomysł na cały weekend to za mało

W tym roku głupich pomysłów już kilka było. Najpierw 500 km z konkretnym przewyższeniem podczas niecałych czterech dni w hiszpańskim Calpe (obiecano mi za taki kilometraż czekoladę, więc poszło sprawnie). Potem i - przede wszystkim - cały le Tour de Google i ponad tysiak w jeden brzydki, mokry, zimny tydzień. Wreszcie 190 km jazdy pod wiatr na firmowy piknik czy dzień urlopu na ot taki przejazd z Konina do Warszawy. Widzicie sami, że poprzeczka na urodziny została zawieszona wysoko! A że powszechnie wiadomo, iż jeden głupi pomysł na cały wyjątkowy weekend to za mało, poszliśmy w dwa głupie pomysły.

pierwszy głupi pomysł

jak najlepiej uczcić 31. urodziny?
kto ma lepszy pomysł niż przejechanie 310 km na rowerze z wiatrem w plecy
(a co, nie będziemy się męczyć z wiatrem w twarz przez tyle kilometrów!),
proszony jest o zgłoszenie się przed atakiem na 320 ;-)
Jak zdradza już pierwsze zdjęcie, w sobotę wiał wschodni...
startujemy chwilę po siódmej (wiem, późno) i w pięć osób dojeżdżamy do
Sochaczewa na urodzinowy "tort" - cukiernia Lukrecja (4.8 na mapsach)
sprzedaje na szczęście świeczki (2.5 zł sztuka), a pani ekspedientka
użycza nam zapalniczkę.
Wieje tak, że świeczki gasną, zanim zdążę pomyśleć życzenie. Zły znak?
w Sochaczewie rozdzielamy się - C. i P. , którzy mieli z nami jechać 200 km
do Konina orientują się, że nie mają jak wrócić (bilety rowerowe we
wszystkich pociągach wykupione) i zawracają do domu. My ruszamy dalej
we trójkę, chociaż kiedy zatrzymujemy się w Kutnie na pizzę, wydajemy
się o tym nie pamiętać, że jest nas tylko troje, bo pizzy zamawiamy tyle,
że spokojnie najedlibyśmy się całą ekipą!
zanim jednak rozdzieliśmy się, C. zrobił nam kilka ładnych zdjęć!
jeszcze jedno, fot. C.
już po rozdzieleniu, mój aparat nie ma takich fajnych suwaczków
do podrasowania kolorów, ale było ładnie prawie cały czas!
Deszcz spotkaliśmy trzy razy - dwa razy w wersji eks, w postaci
kałuży na drogach, raz jako mżawka. W kontekście tego, że był to dzień
z ogłoszeniem pogodowym i smsowym alertem RCB, to nie tak źle!
ale że ja nie wejdę?
no i nie weszłam, śliskie to, a buty-wpinki nie są stworzone do wspinaczki...

drugi głupi pomysł

nie jesteśmy jedynymi, którzy miewają głupie pomysły...
27 lipca odbywał się też 24-godzinny Psychoporanek.
Psychoporanek codzienny to przejazd amatorskim peletonem (raz większym,
raz mniejszym) około 50-60 km pętli spod sklepu Air Bike'a w Wilanowie
(ul. Branickiego), start 6 rano. Ten całodobowy polegał na jechaniu
kluczowej części tej pętli, około 30 km, start o pełnych godzinach
z mostku w Obórkach.
Też chcieliśmy wziąć udział, dlatego od razu po powrocie do domu z
Wrześni (pociąg 20-23, pół godziny metrem i 23:30 już jesteśmy we
własnych czterech ścianach), przepakowujemy się, znowu jemy
i ruszamy do Wilanowa, żeby załapać się na turę o 1 nad ranem!
niestety, grupa ruszyła 10 minut przed czasem, a jeszcze w dodatku
pojechała odrobinę inną trasą niż miała, więc się nie spotkaliśmy,
ale rundkę i tak przejechaliśmy - i było to przejechanie magiczne.
Bardzo dobrze znany teren pod osłoną nocy wygląda zupełnie inaczej,
a jechanie tylko na własnych lampkach (1100 lumenów, nie byle co)
jest ciekawym doświadczeniem. Świadomość jednak, że oni gdzieś
tam są, zaraz obok, dawała poczucie bezpieczeństwa. Polecam
spróbować ;-)

niedziela, 21 lipca 2019

[Bergen] synonimy do słowa "norweski"?

surowy
Podczas naszej czterodniowej wizyty w Bergen, pełne słońce towarzyszyło nam prawie nieprzerwanie, do tego ciepło, nie padało, jasno robiło się o czwartej i ten stan utrzymywał się do dwudziestej trzeciej. Brzmi idealnie, tyle że zdaje się, że nie są to warunki standardowe w tej okolicy. Ktoś gdzieś w internecie napisał, że Norwegii pada 29 dni w każdym miesiącu z tych, kiedy słońce się pojawia na dłużej (kwiecień - październik), a w pozostałe to i tak nie ma dużego znaczenia, bo nic przez całą dobę nie widać. To nie jest klimat, w którym można się nad sobą użalać i marudzić (bo nie można się nad sobą użalać i marudzić 200 dni w roku) - i to nastawienie widać widać też w charakterze zabudowań i przestrzeni miejskiej. Skały zostają skałami - tunel się wykuwa i, - zostawia, nie ma co upiększać ścian, wyrównywać ich, są piękne jakie są.
pierwszy widok po wyjściu z lotniska, skoro oni nie są pewni gdzie jestem,
to jak ja mam być?!
za poręczą, a przed skałami - droga
tunel tylko dla rowerów - samochodowy przebiegał piętro niżej, ten wykuto
specjalnie, by wszyscy mogli przejechać bezpiecznie (w norweskich
tunelach nie jest jasno)
naturalny
W Norwegii kocha się naturę. I przede wszystkim - szanuje ją. Nie widać śmieci, mimo że nie wszędzie są kosze (ale jak już są, to odpadki oczywiście się segreguje). Nie ma reklam i brzydkich billboardów. Brakuje plastiku, jest tylko tam, gdzie niezbędnie potrzebny. Zarówno na szklane butelki, jak i plastikowe opakowania, w sklepie pobierana jest kaucja. Owszem, są drogi, mosty, domy, ale nie ma się wrażenia, że człowiek jest intruzem, że tych ingerencji za dużo - jest ich tyle, ile "musi" być i nie więcej. A z roweru widoki na lasy, morze, jeziora, fiordy.
jeden z niewielu momentów na wyjeździe, kiedy nie towarzyszy nam lampa;
rano słońce skryło się za chmurami i musieliśmy trochę na nie poczekać
w oddali fiordy - niestety nie te najładniejsze i najbardziej słynne, te są
bowiem oddalone od nas o jakieś 200 km, 5000 metrów przewyższenia
i kilka przepraw promem... nie do zrobienia na czterodniowym wypadzie
naturalnie - w całej okazałości tego przymiotnika
znowu fiordy, jaka nuuuuda
mam trochę problem z tym postem - nie umiem wybrać zdjęć, jest dużo za
dużo tych, które chcę pokazać, więc przygotujcie się na przewijanie...
...ale to nie moja wina, tam po prostu jest obłędnie ładnie...
...chociaż przy ładnej pogodzie to wszędzie ładnie
dokumentujemy
minimalistyczny
O tunelach już napisałam - niewybetonowane, jak Matka Natura stworzyła, takie są. Fajerwerków nie ma też na przystankach autobusowych - proste, kamienne, w dodatku wielofunkcyjne, bo nie dość, że dają schronienie w oczekiwaniu na środek transportu, to często są też platformą wymiany informacji / ogłoszeń i miejscem, w którym wiszą skrzynki pocztowe.
niektóre przystanki mają jeszcze zasianą trawę na dachu, chociaż nie
akurat ten :-)
z tymi skrzynkami to w ogóle ciekawa sprawa - domy są rozproszone i nieraz
daleko od drogi, więc żeby listonoszowi było łatwiej co jakiś czas skrzynki są
zgrupowane pod daszkiem
skromny
Norwegowie bogactwem nie epatują. Nie chcę powiedzieć, że mieszkają w małych klitkach, ale ich domy to nie są jakieś kilkunastopokojowe pałace, ogrodzone wysokim płotem - mają rozsądne rozmiary, tak żeby było wygodnie, ale nic na pokaz. Nie znajdziesz tu marmurowych posadzek, kolumienek, płotów, bram. Domy są zwyczajne, drewniane, a o zamożności ich mieszkańców świadczą co najwyżej SUVy czy Tesle zaparkowane i ładujące się przed frontowymi drzwiami.
typowe norweskie drewniane domki
typowy norweski drewniany domek
jezioro, wzgórze, domki
ekologiczny
Mimo że Norwegów stać, a może właśnie dzięki temu, widać ich kolosalny szacunek względem natury. Oczywiście jeździ się samochodami (duże odległości, zimno i ciemno przez pół roku, w drugie pół chłodno i mokro), ale samochodami elektrycznymi, nie za szybko, bez zrywów charakterystycznych dla popisujących się w naszej części Europy kierowców. Królem drogi jest rower - infrastruktura zachęca do używania jednośladów, są ścieżki, kilometry, setki, tysiące kilometrów ścieżek, rowerowe parkingi, w mieście (w przeciwieństwie do Warszawy) jadąc rowerem nie ma się poczucia bycia intruzem, wręcz przeciwnie - czuje się, że decyzje zostały podjęte tak, by to mi były wygodnie. A kierowcy to wspierają - nie trąbią, nie wyprzedzają na zapałkę - jestem dla nich pełnoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego. Dziękuję, czy mogę poprosić tak w Warszawie?
ścieżek rowerowych w Norwegii są długie, długie kilometry;
bardzo rozczula mnie w ich tabliczkach podawanie odległości do
miejscowości, z których jedna jest prawie za zakrętem, a druga długie
godziny drogi dalej
ooo, a ścieżki rowerowe wyglądają na przykład tak
parking pod centrum handlowym, stacja ładująca
kamuflaż - z fr. camouflage
soczyście zielony
Zdaje się, że mieliśmy "szczęście". Wszyscy, z którymi rozmawiamy i mówimy, że pogoda była tip top albo nawet lepsza - bo cztery dni lampy, ciepło, zero deszczu, twierdzą, że to niespotykane jak na Bergen. Zresztą, daleko nie szukać - sprawdzam dzisiaj prognozę na najbliższy tydzień i tylko w jeden dzień nie leje. Cóż, zalety późnego planowania, kiedy dopiero w czwartek po południu kupujesz bilety na piątek rano - pogoda zawsze będzie dobra! Zero tu szczęścia. Dzięki temu, że pada sporo zazwyczaj, to jak już nie pada jest oszałamiająco pięknie. Zieleń jest... taka no... zielona. Soczysta. Niewyschnięta. Nieżółta. Zielona. O.
szparagowy
oliwkowy
seledynowy
szmaragdowy
trawiasty
butelkowy
pusty
Gęstość zaludnienia w Norwegii to 14.7 człowieka na kilometr kwadratowy - to drugi (po Islandii) najsłabiej zaludniony kraj w Europie.
prawie jak scena z Foresta Gumpa
ride, Natalia, ride!
oczywiście na wyjeździe z Bergen samochody są, ale wystarczy odjechać
kilkanaście, małe kilkadziesiąt kilometrów, by jeździć po zupełnych
pustkowiach - zero rowerzystów, zero aut, czasem też zero zabudowań
tylko my, asfalt, las
tylko las, asfalt, my
o, a tu wreszcie nie ma nawet tej kolarki w czarno-białym trykocie,
uff, wreszcie ją zgubiliśmy!
drogi
Jakże sztampowe i oklepane, ale... prawdziwe, więc musi znaleźć się w moim zestawieniu. Eufemistycznie mówiąc, specjalnie tanio nie jest. Nie bez powodu zresztą Norwegia rywalizuje ze Szwajcarią o tytuł najdroższego kraju świata. Najwięcej kosztują usługi, praca ludzka wyceniana jest wysoko, więc w knajpach, u fryzjera, w taksówce trzeba przygotować do zostawienia trochę koron. O dziwo noclegi są za rozsądne (europejsko-rozsądne, nie do końca polsko-rozsądne) pieniądze, niejednokrotnie na wyjeździe płaciliśmy więcej za pokój. Cena wynajmu rowerów zwala nas za to z nóg (dwie zwykłe i dość ciężkie szosówki na cztery dni to dwa tysiące złotych!), na tyle, że po raz pierwszy w historii zabieramy własne. W wieczór przed wylotem wypożyczamy walizkę z AirBike'a (sama ona waży więcej niż oba nasze rowery razem i, jak przeczytałam w internetach, budzi respekt - podoba mi się to określenie). Wieczór spędzamy na układaniu puzzli 3d i Szosik (Treka nie zabiorę na pierwszy raz i w takim ścisku - walizka projektowana jest na jeden rower, nie na typowo polską zaradność i budżetowość wyjazdu) z BMC lecą z nami. Tu już mówimy o rozsądnych kwotach: 460 zł za dwa rowery (200 zł wypożyczenie walizki, 130 zł za 32-kilogramowy sprzęt sportowy w jedną stronę).
zmieszczą się czy nie zmieszczą?
zamknie się czy nie zamknie?
zmieściły się - i w samej walizce, i w limicie kilogramowym (31.9,
precyzyjnie!), doleciały, a potem jeszcze dały złożyć!
skoro mówimy o cenach w Norwegii... to co boli najbardziej to drogie
jedzenie... i tak oto przeszliśmy do mojego ulubionego tematu!
Z deserów w marketach sprzedaje się jako typowo norweskie ciastka
w klimacie rozmokniętych herbatników przełożone kremem, nic specjalnego.
Popularne są także rzeczy z cynamonem, jak na przykład ślimaki ze
zdjęcia, chociaż cynamon kojarzy mi się bardziej ze Szwecją.
z dań wytrawnych oczywiście ryby (♥️ łosoś ♥️) i owoce morza. Krewetki
w knajpie okrutnie drogie, ale w markecie - takie świeżutkie,
niemrożone, patrzące, po 40 zł za kilogram... Co za niesprawiedliwości!
burger z wieloryba - danie mało etyczne, i tym razem nie możemy się
usprawiedliwić, że tylko chcieliśmy spróbować jak cztery lata temu
w Tromso. Ale przynajmniej za wieloryba nie przepłaciliśmy, bo nie ma
ceny odniesienia z Polski...
nie przepłaciliśmy także za hotdogi z renifera (35 zł sztuka);
przepyszne, i jak to u Skandywawów się je mięso, ze słodkim dodatkiem
(tu sos z borówek, częsta jest żurawina czy mus jabłkowy)
piękny
Bergen w całej okazałości